Reklama

Klub Muzyki i Literatury we Wrocławiu zaprasza na wystawę rzeźb Mariana Skowrona poświęconą 1050 rocznicy Chrztu Polski. Płaskorzeźby wykonane są w drewnie lipowym i przedstawiają ważne wydarzenia związane z historią państwa polskiego

Udostępnienie 5 listopada (sobota) 2016 roku o godz. 12.00
Prace eksponowane w sali koncertowej Klubu MiL do 18 listopada (piątek) 2016 roku
od poniedz. do piątku w godz. od 10.00 do 18.00
w soboty od 12.00 do 18.00
Wstęp wolny. Zapraszamy

Plakat [pdf]


Marian Skowron urodził się na Lubelszczyźnie w 1947 roku. Dziadek od sąsiadów, z którym Marian Skowron będąc dzieckiem pasał krowy, zabijał czas rozmowami o życiu i rzeźbiąc w kamieniu wapiennym. Ale sięgał też po drewno. Trąbki, gwizdki i pa­sterskie trąby najlepiej dziadkowi robiło się z iwy, czyli jednego z gatunków wierzby. Dziadek rzeźbił i opowiadał małemu Marianowi o I wojnie światowej, którą znał z autopsji. Między innymi o tym, jak trafił do Kazachstanu, uciekając przed okropnościami wojny. Przy tym nie używał słowa "uciekinierzy" lecz słowa "bieżyńcy". Lubelszczyzna to miejsce, gdzie wschód spotykał się z zachodem. W 1944 r. wszystko się wymieszało. Ukraińców mieszkających na Lubelszczyźnie Sowieci przesiedlili na Wołyń, a z Wołynia zaczęli prze­siedlać na Lubelszczyznę Polaków, których nie zdążyli wymordować Ukraińcy. To była pierwsza wielka fala przesiedleń. Sięgała do linii Wisły, gdzie stał front. Tak rodzina Mariana Skowrona, która miała duże gospo­darstwo rolne na Wołyniu, trafiła na Lubelszczyznę. Ale bez ojca, który poszedł z II Armią Wojska Polskiego wyganiać z Polski Niemców. Szedł przez m.in. Oleśnicę i Trzebnicę, dotarł w rejon Drezna i Lipska. Zobaczył na Dolnym Śląsku bogate gospodarstwa rolne, oczy się mu zaświeciły, zaczął po powrocie namawiać żonę, by rodzina przeniosła się na Ziemie Odzyskane. Nie chcia­ła się przesiedlić, mimo rządowej propagandy, że to ziemie, które nam się należą, bo byty piastowskie. Po­wszechnie uważano, że to wszystko jest tymczasowe, że na Dolny Śląsk wrócą Niemcy. Ze Skowronami przyjechał na Lubelszczyznę żydowski chłopak. Dziadkowie i matka Mariana Skowrona ukryli go. Tylko on z rodziny przeżył wojnę. Ale jego brata nie zabili Niemcy. Gdy przyszli do ich domu Niemcy, tylko dwóch chłopców nie zabrali, bo ich przeoczyli. Obaj próbowali się ukryć, jeden z nich, odważniejszy, zapukał w popłochu i bezradności do drzwi jednej z chat. Otworzył Ukrainiec, zobaczył, kto stoi w drzwiach, chwycił siekierę i tak jak stał odrąbał chłopakowi głowę. Skowronowie starali się dla matki o medal „Sprawiedliwy wśród narodów świata" przy­znawany tym, którzy ratowali Żydów przed hitlerow­ską zagładą. Ale medalu nie przyznano. Ten chłopiec ochrzcił się, co Żydzi uznają za zdra­dę judaizmu uważanego za nieodłączny element tożsamości żydowskiej - tłumaczy fakt odmowy Ma­rian Skowron. Żydowski chłopiec niedługo został u Skowronów, Poszedł uczyć się zawodu do młynarza, który traktował go jak syna. Ale ze Skowronami kontaktu nie stracił. Z sześciorga rodzeństwa tylko Marian Skowon został rolnikiem. Uważa, że to nie zawód lecz powołanie. Jak układać zmienność plonu wiedział już w wieku 17 lat. Skończył zasadniczą szkołę rolniczą, potem technikum rolnicze, żeby podbudować wiedzę prak­tyczną teorią. Z Lubelsz­czyzny wyjechał w 1977 r., dostał posadę agronoma w PGR w okolicach Twar­dogóry. Ale marzyło mu się własne gospodarstwo rolne - kupił je w Słącznie (20 ha, bydło, trzoda chlewna, dorobił się, miał własne ma­szyny). Nawiązał kontakt z rolnikami z sąsiedztwa, a to już Wielkopolska, gdzie tradycje rolnicze prze­kazywane są z dziada-pradziada. Przywiązanie do ziemi w Wielkopolsce jest wielkie. - Wielkopolanie są wyliczalni, uważani za skąpych, ale są też rze­telni; jak jest umówione, to za­łatwione - wspomina Marian Skowron. O tym, że potrafi rzeźbić, przypomniał sobie w 1998 r. Izrael, Sankt Petersburg, Rzym, Egipt – był w tych wszystkich miejscach, by na własne oczy zobaczyć, jak rzeźbili wielcy. Bo pasja to za mato, trze­ba pogłębiać warsztat, tłumaczy. Zaczął pisać wier­sze. Wizyty poetów, którzy jeździli na wsie z prelek­cjami, żeby nieść w lud kulturę wysoką, nie poszły na marne.
Tekst M. Perzyński